Skitoury w Gruzji: 11 dni między kaukaską ciszą a freeride’em w Gudauri

Skitoury w Gruzji: 11 dni między kaukaską ciszą a freeride’em w Gudauri

Skitoury w Gruzji: 11 dni pod Kazbekiem i w Gudauri. Puste szlaki, trudny śnieg i logistyka ratująca urlop. Sprawdź, dlaczego Kaukaz to nie Alpy i jak zaplanować taką wyprawę bez straty czasu!

ŁUŁukasz Strzelecki·

Gruzja siedziała nam w głowach od dłuższego czasu. Dla mnie to był powrót po 15 latach, dla Zuzki – totalnie nowa bajka. To zestawienie było o tyle ciekawe, że ja miałem w pamięci Gruzję sprzed dekady, a ona po prostu chciała zobaczyć, o co tyle szumu. Od razu powiem: kraj zrobił ogromny skok. Drogi są lepsze, infrastruktura ruszyła do przodu, ale ten specyficzny, gruziński chaos wciąż tam jest – i całe szczęście.

Logistycznie rozegraliśmy to tak, żeby nie marnować ani godziny. Loty nocne są uciążliwe, to fakt, ale mają jedną potężną zaletę: nie marnujesz dnia na transport. Wylatujesz z Warszawy w piątek wieczorem (bez brania urlopu!), a w sobotę rano jesteś już na miejscu. Z powrotem jest jeszcze lepiej – wylatujesz nad ranem i dzięki różnicy czasu lądujesz w domu tego samego dnia rano. Za bilet dla dwóch osób z bagażem rejestrowym i sportowym zapłaciliśmy około 2300 zł, co przy tym sprzęcie uważam za bardzo uczciwy deal.

Zamiast pchać się w wynajem auta, wzięliśmy GoTrip. To o tyle genialne, że po nocnym locie nie musisz się użerać z nawigacją i specyficznym stylem jazdy Gruzinów. Po prostu wsiadasz i jedziesz, a ktoś inny martwi się o drogę.

Stepancminda, czyli Kazbek i puste hotele

Stepancminda w marcu to specyficzne miejsce. Poza sezonem letnim, kiedy ruszają wyprawy na szczyt, miasteczko praktycznie zasypia. W hotelu byliśmy jedynymi gośćmi, a większość knajp była zamknięta na głucho. Z jednej strony to fajne, z drugiej – ta cisza bywa momentami aż nienaturalna.

Naszym celem była klasyczna tura pod Café 360 (Sabertse Pass). Śniegu na dole było za mało, żeby startować z buta, więc podjechaliśmy autem pod samą cerkiew Gergeti. Dopiero tam zapięliśmy narty. Kazbek po prostu tam jest – wielki, biały i cały czas „patrzy” ci na ręce.

Szybko przekonaliśmy się, jak zdradliwe bywa tu słońce. Wystarczy chwila, żeby śnieg zaczął płynąć, a za moment, gdy tylko wejdziesz w cień lub zawieje wiatr, robi się twarda, nieprzyjemna skorupa. Ale najbardziej uderzyło mnie coś innego. Była niedziela, lampa, idealna pogoda do chodzenia. A my przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo. Na tak popularnej trasie! Z jednej strony to wolność, o jakiej marzysz w Tatrach, ale z drugiej – szybka lekcja pokory. W Gruzji nie ma odpowiednika TOPR-u. Jeśli coś ci się stanie, nikt nie przyleci helikopterem w dziesięć minut.

Doszliśmy do przełęczy z kamiennym krzyżem i tam zapadła decyzja o zjeździe. Wybraliśmy linię po drugiej stronie wąwozu i to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że to nie tylko bezpieczniejszy wariant, ale też znacznie ciekawszy narciarsko niż droga podejścia. Ta trasa nie ma dużych nastromień – zjazd jest długi, w miarę łagodny i daje mnóstwo miejsca na fajne, szerokie skręty. Gdyby nie ten „trudny”, zmienny śnieg, byłaby to linia marzeń. Mimo walki z lodoszrenią, te kilometry przestrzeni tylko dla nas robiły robotę.

Gudauri: Ski-in, ski-out i skutery

Przeprowadzka do Gudauri to był przeskok do innego wymiaru. Zamieszkaliśmy w New Gudauri i to jest logistyczny majstersztyk – wychodzisz z budynku, zapinasz narty i jedziesz. Zero kombinowania, szukania parkingu czy noszenia sprzętu.

Samo Gudauri to gigantyczne możliwości freeride’owe. Wyciągi wywożą cię wysoko, skąd możesz zjechać praktycznie wszędzie, albo podejść kawałek na fokach i mieć jeszcze więcej miejsca dla siebie. Ciekawym akcentem są lokalni „taksiarze” na skuterach śnieżnych. Za parę lari podrzucą cię wyżej, co jest fajną opcją, jeśli chcesz zrobić więcej zjazdów w ciągu dnia.

Trafiliśmy na moment, kiedy było zaskakująco luźno. Z powodu sytuacji politycznej turystów było mało, więc na stokach i poza nimi mieliśmy mnóstwo przestrzeni. Co do samej infrastruktury – jest „po gruzińsku”. Budynki wyglądają na nowe i nowoczesne, ale w środku zawsze coś nie domaga: a to cieknie kran, a to wifi żyje własnym życiem. Trzeba to po prostu zaakceptować jako część klimatu.

Co zostaje w głowie?

W Gruzji internet i karty płatnicze działają nieźle, ale WhatsApp to podstawa komunikacji. Jeśli czegoś potrzebujesz – transportu, rady, naprawy – po prostu pytasz właściciela noclegu, a on już „zna kogoś, kto zna kogoś”. Znajomość rosyjskiego bardzo ułatwia życie, angielski wystarcza tylko w tych najbardziej turystycznych punktach.

Te 11 dni pokazało nam, że Gruzja to świetny kierunek, ale dla ludzi, którzy szukają czegoś więcej niż wyratrakowanych tras. Jest surowo, czasem chaotycznie i trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo w terenie jesteś zdany tylko na siebie. Ale właśnie te momenty absolutnej ciszy pod Kazbekiem sprawiają, że już planujemy powrót.

Byliście już w tamtych stronach? Co bardziej do Was przemawia – surowa Stepancminda czy jednak „wygodne” Gudauri?