
Skrzyczne na splitcie – rozgrzewka sezonu, którą warto zrobić dobrze
Styczeń, armatki śnieżne pracują w nocy, a rano wychodzisz w krajobraz jak z innej planety. 729 metrów przewyższenia, twardo pod nogami i zero tłoku. Skrzyczne to najlepszy sposób na start sezonu.
Są takie dni, kiedy góry wyglądają zbyt dobrze, żeby być prawdziwe. 31 stycznia, Szczyrk, rano i armatki śnieżne pracują od nocy pełną parą. Kiedy wychodzisz, cały stok jest pokryty grubą, jednorodną warstwą sztucznego śniegu – kontury drzew ostre, każde zagłębienie terenu idealnie zarysowane, cisza i biel. Wygląda to jak kadr z filmu sci-fi, nie jak Beskid Śląski w środku zimy.
Armatki zrobiły robotę, a ja to wykorzystałem
Śnieg pod narty? Twardo. Miejscami bardzo twardo. Na podejściu bezpośrednio przy armatach foka nie klei. Może to nie Chamonix, tylko styczeń w Beskidzie Śląskim, ale jeśli chcesz iść sprawnie zamiast ślizgać się jak kaczka po asfalcie, po prostu zakładasz harszle i tyle. Na zjeździe ten sam śnieg to już zupełnie inna historia – splitboard tnie w twardym jak po szynach, zero niespodzianek, przewidywalnie i szybko.
Trasa: pętla na Skrzyczne z Salmopola
Wyszedłem spod Przełęczy Salmopolskiej (ok. 942 m n.p.m.) i poszedłem klasyczną, okrężną pętlą na Skrzyczne – najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, 1257 metrów. Trasa w całości w dół, bez przepinania się. Jeśli robisz to na splicie, zostajesz w trybie podejściowym przez całe wejście, a zjazd to jeden ciąg – bez zatrzymywania się co chwilę żeby przekładać wiązania.
Teren? Spokojny. Część podejścia biegnie szlakiem, który latem jest trasą rowerową downhill – można to wyczuć po tym, jak kręta i dobrze ubita linia prowadzi przez las. Ale żeby była jasność: to nie jest trasa do testowania umiejętności. To jest trasa do testowania, czy twój organizm pamięta jak chodzić pod górę po kilku miesiącach kanapy.
Łącznie: prawie 10 km w pętli, 729 metrów pod górkę, czas wznoszenia blisko 2 godziny.
Jedna zasada, której absolutnie nie łam
Na trasie krzyżujesz się z działającą infrastrukturą narciarską Skrzyczne. I tutaj ważna sprawa: nie wchodzisz na trasę kiedy działa wyciąg.
Dwa rundy w ciągu dnia? Da się.
Podejście zajmuje niecałe dwie godziny, zjazd – kilkadziesiąt minut. Jeśli wyjdziesz rano o rozsądnej porze, zdążysz zjechać, zjeść coś w barze na trasie i wrócić na drugie podejście jeszcze przed południem. To jest ten typ trasy, który nie wymaga planowania jak wyprawa w Tatry – przyjeżdżasz, idziesz, zjedziesz, ewentualnie wchodzisz jeszcze raz. Świetne na pierwsze wyjście sezonu albo na dzień, kiedy chcesz „coś zrobić" bez całodziowego epizodu bojowego.