
Skitoury w Gruzji: 11 dni między kaukaską ciszą a freeride’em w Gudauri
Pod Kazbekiem pusto, w Gudauri ogromne tereny i luźno na stokach. 11 dni na Kaukazie: co się sprawdziło, co przemyślelibyśmy jeszcze raz i dlaczego Gruzja po 15 latach wygląda zupełnie inaczej.
Gruzja siedziała nam w głowach od dłuższego czasu. Dla mnie to był powrót po 15 latach, dla Zuzki totalnie nowa bajka. Ciekawe zestawienie: ja miałem w pamięci kraj sprzed dekady i kawałka, ona po prostu chciała zobaczyć, o co tyle szumu.
Piętnaście lat temu w Stepancmindzie funkcjonował jeden sklep. Nazywał się Google Market i miał szyld przerobiony z logo wyszukiwarki, litera w literę, kolor w kolor. To była w zasadzie cała miejscowa infrastruktura handlowa.
Wylądowaliśmy po nocnym locie, w sobotę rano, więc pierwszy dzień był z góry spisany na straty i dobrze.
Stepancminda, czyli trzy dni i jedna tura
Stepancminda w marcu to specyficzne miejsce. Poza sezonem letnim, kiedy ruszają wyprawy na szczyt, miasteczko praktycznie zasypia. W hotelu byliśmy jedynymi gośćmi, większość knajp była zamknięta na głucho, a wieczorami słychać było głównie wiatr i szczekanie psów gdzieś w dole ulicy. Z jednej strony to fajne, z drugiej ta cisza bywa momentami aż nienaturalna.
Pierwszy dzień poszedł na odespanie podróży i rekonesans. Sprawdziliśmy, co w ogóle jest otwarte, a potem poszliśmy pod cerkiew Trójcy w Gergeti zobaczyć, czy da się z miasteczka wyjść na nartach. Nie ma co tego koloryzować: idzie się asfaltem, obok przejeżdżają auta z turystami, widoków po drodze zero. Ale odpowiedź dostaliśmy jednoznaczną. Śnieg zaczyna się dopiero pod samą cerkwią, niżej nie ma czego szukać.
Lekcja pierwsza: sprawdź, gdzie realnie zaczyna się śnieg, zanim zaplanujesz podejście. Zdjęcia i mapy potrafią sugerować, że da się ruszyć z centrum miasteczka. W marcu granica pokrywy leży wyżej, niż się wydaje, a podjazd autem pod cerkiew to nie wygoda, tylko oszczędność godziny marszu po asfalcie i sił, które przydadzą się wyżej. Pierwszy dzień po nocnym locie idealnie nadaje się na takie sprawdzenie.
Drugiego dnia poszliśmy w to, po co przyjechaliśmy: klasyczna tura pod Café 360, w kierunku przełęczy Sabertse. Zgodnie z wnioskiem z poprzedniego dnia podjechaliśmy pod cerkiew i dopiero tam zapięliśmy narty.
Kazbek po prostu tam jest. Wielki, biały i cały czas patrzy ci na ręce. Szczegółowy opis trasy z przewyższeniem i czasami znajdziecie tutaj.
Szybko przekonaliśmy się, jak zdradliwe bywa tu słońce.
Lekcja druga: gruzińskie słońce nie wybacza. Wystarczy chwila, żeby śnieg zaczął płynąć. A za moment, gdy tylko wejdziesz w cień albo złapie cię wiatr, robi się z tego twarda, nieprzyjemna skorupa. W Kaukazie różnica temperatur między nasłonecznionym a zacienionym zboczem potrafi przełożyć się na zupełnie inne warunki w odległości stu metrów. Planuj okno pogodowe z dużym marginesem i patrz na zegarek częściej, niż byś chciał.
Ale najbardziej uderzyło mnie coś innego. Była niedziela, idealna pogoda do chodzenia. A my przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo. Na tak popularnej trasie.
Z jednej strony to wolność, o jakiej marzysz w Tatrach, z drugiej szybka lekcja pokory.
Lekcja trzecia: w Gruzji jesteś zdany na siebie. W tym kraju nie ma odpowiednika TOPR-u. Jeśli coś ci się stanie, nikt nie przyleci helikopterem w dziesięć minut. Pusty szlak, który w Polsce byłby powodem do radości, tutaj oznacza, że każda decyzja, o linii zjazdu, o tempie, o tym, czy zawrócić, waży dużo więcej. Nie ma nikogo, kto zauważy, że coś poszło nie tak.
Doszliśmy do przełęczy z kamiennym krzyżem i tam zapadła decyzja o zjeździe.
Wybraliśmy linię po drugiej stronie wąwozu i to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że to nie tylko bezpieczniejszy wariant, ale też znacznie ciekawszy narciarsko niż droga podejścia. Ta trasa nie ma dużych nastromień, zjazd jest długi, w miarę łagodny i daje mnóstwo miejsca na szerokie skręty. Gdyby nie ten zmienny śnieg, byłaby to linia marzeń. Mimo walki z lodoszrenią te kilometry przestrzeni tylko dla nas robiły robotę.
Trzeciego dnia pogoda się posypała. Silny wiatr, śnieżyce, widoczność do kilkudziesięciu metrów. Zrobiliśmy dzień odpoczynku, bo przed nami była jeszcze reszta wyjazdu w Gudauri i nie było sensu wypalać się na siłę. Ale będę szczery: nie chodziło tylko o regenerację. Po prostu nie mieliśmy pomysłu, gdzie w takich warunkach pójść. Brać transport gdzieś dalej? Przy tak niepewnej prognozie to loteria, w którą nie chciało nam się grać.
Lekcja czwarta: w Stepancmindzie nie ma planu B. Przy dobrej pogodzie to świetna baza. Przy złej zostaje ci hotel i spacer po miasteczku, bo nie masz ani wyciągu, ani łatwej alternatywy w zasięgu piętnastu minut jazdy. Planując tu więcej niż dwa, trzy dni, licz się z tym, że część z nich może po prostu wypaść.
To zresztą prowadzi do wniosku, który zabieram na następny raz. Stepancminda ma sens raczej jako jednodniowy wypad z Gudauri niż jako osobna baza. Wszystko, co da się stąd zrobić na nartach, jest osiągalne również dojazdem z Gudauri. Różnica jest taka, że w Gudauri przy złej pogodzie zawsze zostają wyciągi, a tutaj nie zostaje nic. Wyskakujesz na jeden dzień, zaliczasz turę w kierunku Kazbeku, wracasz. Wtedy trzy dni marcowej kaprysu nie kosztują cię jednej trzeciej wyjazdu.
Gudauri: wyciągi, foki i zjazd do Kobi
Zamieszkaliśmy w New Gudauri i to jest logistyczny majstersztyk. Wychodzisz z budynku, zapinasz narty i jedziesz. Zero kombinowania, szukania parkingu czy noszenia sprzętu.
Nasz schemat na kolejne dni był prosty i powtarzalny: łączyć wyciągi z podejściami. Kolejka wywozi cię wysoko, a stamtąd dokładasz kawałek na fokach i odchodzisz od przygotowanych tras w teren, gdzie masz wszystko dla siebie. To ogromne przestrzenie i duże przewyższenia, w skali, do której trudno się przyzwyczaić po Tatrach. Ciekawym akcentem są lokalni taksiarze na skuterach śnieżnych: za parę lari podrzucą cię wyżej, jeśli chcesz zrobić więcej zjazdów w ciągu dnia.
Najlepszy dzień skończył się zjazdem do Kobi. Zeszliśmy dzikim wąwozem, w którym po drodze trafiliśmy na mały wodospad, a z dołu wróciliśmy gondolą na górę. Kilkanaście minut jazdy w miejscu, gdzie przez całą drogę nie widać śladów po nikim innym, a potem spokojny powrót bez organizowania transportu. Raj na ziemi dla freeride'u. Trzeba tylko trafić na pogodę. Opis tej linii mamy osobno.
Trafiliśmy też na moment, kiedy na stokach było zaskakująco luźno, i warto rozdzielić dwie rzeczy, które łatwo pomylić. Turystów było mało głównie przez wojnę na Bliskim Wschodzie: dla tamtego rynku Gudauri jest najbliższym i najtańszym kierunkiem narciarskim, więc kiedy ten strumień wysycha, robi się pusto. Rosjan z kolei jest dużo, bo po agresji na Ukrainę mają ograniczony wjazd do Unii i Gruzja stała się dla nich jednym z niewielu dostępnych kierunków.
I właśnie na tym tle najmocniej zapadła mi w pamięć tablica stojąca przed jednym z barów na stoku. Kredą, ręcznie, po angielsku: jeśli po tym wszystkim popierasz imperialną politykę Rosji, nie ma dla ciebie miejsca w tym lokalu. Poniżej lista krajów z datami. Polska 1918 i 1939 na samej górze, Gruzja 1921, 1989, 1992 i 2008 wypisana innym kolorem, na końcu Ukraina 1918, 2014 i 2022. Gruzja zarabia na rosyjskich turystach realne pieniądze, a mimo to potrafi mieć własne zdanie i pokazać charakter. Postawienie takiej tablicy przed wejściem coś kosztuje i ktoś zdecydował, że warto.
Co do samej infrastruktury, jest po gruzińsku. Budynki wyglądają na nowe i nowoczesne, ale w środku zawsze coś nie domaga: a to cieknie kran, a to wifi żyje własnym życiem. Trzeba to po prostu zaakceptować jako część klimatu. Podobnie z załatwianiem spraw. Jeśli czegoś potrzebujesz, transportu, rady, naprawy, pytasz właściciela noclegu, a on już zna kogoś, kto zna kogoś. WhatsApp jest tu ważniejszy niż jakakolwiek strona internetowa.
Co się zmieniło przez 15 lat
Google Market już nie ma. Zamiast niego jest SPAR, oddział banku i masa nowoczesnych hoteli, a Stepancminda z przystanku po drodze stała się całkiem klimatycznym miasteczkiem. Drogi są lepsze, infrastruktura ruszyła do przodu, ale ten specyficzny, gruziński chaos wciąż tam jest i całe szczęście.
Jedna rzecz mnie jednak ukłuła. Chinkali smakują tak samo dobrze jak piętnaście lat temu, tylko coraz trudniej trafić na knajpę, w której podaje się je w cenie dla miejscowych, a nie pod turystę. To chyba naturalna kolej rzeczy i nie mam o to do nikogo pretensji. Ale kiedy wracasz gdzieś po tylu latach, akurat takie drobiazgi mierzysz najdokładniej.
Te 11 dni pokazało nam, że Gruzja to świetny kierunek, ale dla ludzi, którzy szukają czegoś więcej niż wyratrakowanych tras. Jest surowo, czasem chaotycznie i trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo w terenie jesteś zdany tylko na siebie. Ale właśnie te momenty absolutnej ciszy pod Kazbekiem sprawiają, że już planujemy powrót. Tym razem z bazą w Gudauri i jednodniowym wypadem na północ.
Byliście już w tamtych stronach? Co bardziej do Was przemawia, surowa Stepancminda czy jednak wygodne Gudauri?
Planujecie własną wyprawę? Cała logistyka, loty, koszty, sprzęt i terminy, w osobnym poście.