
Szczyrk jeszcze zamknięty, ale my już otwieramy sezon
Od kiedy właściwie liczy się sezon skiturowy? Chyba nie od momentu, kiedy ruszą wyciągi – bo to akurat najgorszy moment na touring. Najlepiej jest właśnie teraz, zanim ktokolwiek inny się zorientuje.
Koniec listopada. Szczyrk jest zamknięty – wyciągi stoją, kasy zabite deskami, na parkingu prawie pusto. Ale armatki śnieżne już pracują pełną parą, bo sezon trzeba przygotować. Efekt jest taki, że na dole mamy śnieg, który śniegiem bywa tylko z nazwy – twardy, nierówny beton, który w ciągu dnia trochę odpuszcza, a w nocy zamarza z powrotem na kamień. Wyżej, od mniej więcej połowy trasy, robi się już naprawdę – naturalny śnieg, taki, o jakim się marzy w listopadzie. Ja, Zuza i Łukasz (ja splitboardzie, a oni na nartach) postanawiamy, że to wystarczy. To nie warunki z okładki magazynu, ale prawdziwy koneser i tak wychodzi – bo lepsze to niż nic.
Pierwsze podejście, pierwsza nagroda
Wchodzimy na Skrzyczne od dołu, trasami, licząc każdy metr betonu pod nartami jako inwestycję w to, co czeka wyżej. I rzeczywiście – im wyżej, tym lepiej, aż w końcu śnieg zaczyna zachowywać się tak, jak powinien.
Zjazd praktycznie tą samą drogą, z innymi wariantami na rozgałęzieniach, bo nawet na jednej trasie da się urozmaicić sobie dzień.
Na górze czeka najważniejszy punkt programu: kawa i ciastko w schronisku, zjedzone na nartach, bez zdejmowania butów. Doświadczenie duchowe najwyższej próby – w końcu nic tak nie oczyszcza umysłu jak gorąca kawa po podejściu, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy nogi wytrzymają zjazd.
Ciasto banoffee i 21 kilometrów kary
Warunki na górze są na tyle dobre, że plan robi się ambitniejszy. Ze Szczyrku, przez Duże Skrzyczne, Małe Skrzyczne, aż na Biały Krzyż – bo tam, na końcu trasy, czeka cel wyprawy: kultowa kawiarnia BikejCafe i ich ciasto banoffee (polecam z pełnym przekonaniem, post niesponsorowany, po prostu jest dobre).
Słońce, bezwietrznie, idealne warunki na chwilę odpoczynku z widokiem. I wtedy przychodzi wiadomość, która psuje humor: autobus linii 120 od dłuższego czasu nie jeździ na górę. Nie zjedziemy nim w dół. Trzeba wracać się na nartach i zjeżdżać nową pętlą – Szczyrk Solisko.
Chwila rezygnacji na Białym Krzyżu, ale kilka kilometrów później, już na dole, na pętli autobusowej, zostaje po niej tylko śmiech. Bo z planowanej wycieczki zrobiło się 21 kilometrów – zupełnie nieplanowany, ale całkiem niezły wynik jak na początek sezonu.
Ile trzeba, żeby to nazwać dobrym sezonem?
Niewiele, jak się okazuje. Wystarczy zamknięty ośrodek, twardy beton z armatek na dole, trochę naturalnego śniegu wyżej i chęć, żeby z tego wszystkiego skorzystać, zamiast czekać na idealne warunki, które i tak nigdy nie przyjdą w komplecie.
Zjedzone i wypite podczas otwarcia sezonu:
2x kawa i ciastko w schronisku na Skrzycznem (dzień 1)
1x kawa i ciasto banoffee w BikejCafe na Białym Krzyżu (dzień 2, cel całej wyprawy)
Nieplanowane dodatkowe kilometry: 21 km zamiast krótszej pętli
Sezon otwarty. Do zobaczenia na trasach!